Mało kto jest dziś zadowolony z tego, jak wygląda demokracja. Nie
dotyczy to oczywiście tylko Polski, więc zamierzam przyjrzeć się
dzisiejszemu jej funkcjonowaniu ogólnie, nie tylko u nas. Churchill
powiedział kiedyś, że rządy większości, to okropny, lecz
najlepszy dostępny ustrój. Tymczasem znany starożytny filozof,
Sokrates – którego demokratycznie skazała na śmierć większość
głosujących – również miał o niej złe zdanie. Zdaniem ojca
filozofii nasz kochany ustrój jest stale zagrożony przejęciem
władzy przez tzw. demagogów. Czyli po prostu bał się, że do
władzy dorwą się uwodziciele tłumu, mówiący mu to, co chce
usłyszeć. Zagrożenie jak najbardziej aktualne. Tym bardziej, że
dziś, jak to śpiewa zespół Dezerter:
Czarodzieje mediów mają kontrolę
Nad duszami wpatrzonymi w ekran
Dzisiejsi
demagodzy mają takie instrumenty, że starożytni zwodziciele oddali
by za nie dusze. I nie mam tu koniecznie na myśli telewizji.
Internet i media społecznościowe perfekcyjnie żerują na naszych
instynktach. Mam tu na myśli tzw. efekt potwierdzenia, którego
konsekwencją jest słuchanie i otaczanie się tylko tymi źródłami,
których nam się miło słucha i potwierdza nasze stare poglądy i
uprzedzenia. Algorytmy social mediów również nam w tym pomagają,
ponieważ mogą na tym zarabiać. W ten sposób powoli stajemy się
coraz bardziej pewni, że to nasza strona ma 'racje'. Kto z nas nie
wierzył kiedyś, że politycy dzielą się na tych 'dobrych' naszych
i całą resztę 'głupców', 'lewaków', 'nazistów' którzy
pchają kraj ku przepaści? Bardzo wygodnie nam się tego słucha, bo
czujemy się dowartościowani, jako ci świadomi, racjonalni, et
cetera.
Większość
ludzi jednak daje sobą manipulować. Dlaczego? Wynika to, moim
zdaniem, z wrodzonej ludzkiej niedoskonałości, z która dla każdego
człowieka jest punktem wyjścia. Mówię tu o czymś, co chyba każdy
zna z codziennego życia. A jak nie, to ze swojej przeszłości. Kto
wybierał przez większość życia robić to, co – nawet według
nas samych – jest dla nas korzystne i dobre? No właśnie. Chociaż
mam trochę problem ze sformułowaniem, że cała natura człowieka
jest niedoskonała. Albo żeby twierdzić, że człowiek ze swej
istoty jest zły, jak sądził angielski filozof, Thomas Hobbes. Moim
skromnym zdaniem, wszystko co w człowieku najlepsze i zdecydowana
większość tego, co ma prawdziwą wartość, pochodzi z pracy nad
sobą, uczenia się - generalnie tego, co dopiero w sobie
odnajdujemy, albo zdobywamy z zewnątrz. A nie z jakiejś
niesprecyzowanej natury, którą z takim namaszczeniem chwalą
niektórzy myśliciele oświecenia.
Pytanie,
w czym konkretnie się ta podatność na manipulacje wyraża? Weźmy
przykład: jakiś polityk, lub aktywista będzie głosił hasło, na
którym jest wypisane magiczne słowo w stylu „Politycy X jest
przeciwko WOLNOŚCI.” Możemy tu podstawić wiele rzeczy. Może to
być oskarżenie o lewactwo, neomarksizm, socjalizm, nietolerancje,
nacjonalizm czy niezwykle popularny dzisiaj faszyzm. Wszystkie te
słowa budzą w wielu z nas emocje. No i są to pojęcia bardzo
szerokie i nieprecyzyjne. Przeciętnemu słuchaczowi zasadniczo NIE
CHCE SIĘ, albo w ogóle nie widzi on potrzeby zastanowienia, czym
ten okropny socjalizm albo neomarksizm jest, tylko od razu
klasyfikujemy 'faszystów' jako 'tych złych'. Najłatwiej
manipulującym oprzeć się na ludzkiej niechęci, lęku i głębokim
przekonaniu, że to my mamy racje. W ten sposób demagog właśnie
manipuluje ludźmi, kierującymi się emocjami. Gdyby większość
ludzi posługiwała się więcej krytycznym i chłodnym myśleniem, a
nie emocjonalnymi odczuciami, politycznym oszustom byłoby znacznie
trudniej nas kontrolować. Gdyby chociaż ludzie brali pod uwagę, że
mają tendencję, żeby dawać się zwieść emocjom w tym temacie.
Niestety ani jednego ani drugiego większość nie zrobi nigdy. No bo
komu się chce tak zmagać ze swoimi wrodzonymi instynktami? Tak więc
demokracja, taka jaką mamy dzisiaj, jest skazana na rządy emocji.
Jakie
jeszcze płyną wnioski z tego stanu rzeczy? Że za mówienie rzeczy
nieprzyjemnych będzie można prędzej zostać wyśmianym, niż
dostać dobry wynik w wyborach. Prawda często boli, a więc
przeważnie opłaca się ją odpowiednio ubarwić. Dlatego politycy i
media są uzależnieni od widzimisię tłumu. Muszą się liczyć z
ludzkimi emocjami. Dopóki ten ustrój trwa w takiej formie, gdzie
każdy nosiciel demagogicznego wirusa może swobodnie wpływać na
władzę, problem wydaje się nienaprawialny. Postawy ogółu
społeczeństwa właściwie nie da się zmienić. Ale możemy
spróbować ograniczyć destrukcyjny wpływ, jaki ludzkie
nieprzemyślane decyzje mają na państwo.
Choćby
zatroskanych, mądrych obywateli było nieco więcej, co mogliby
zmienić? Chyba wygrażać politycznej rzeczywistości inteligentną
pięścią. Dlaczego to takie trudne? Ponieważ w olbrzymiej części
społeczeństwa tkwią, niczym kawałki lodu w oku i w sercu z baśni
Andersena, pewne wzniosłe przesądy. Jednym z ważniejszych jest
wiara w równość. Kolejne magiczne słówko. Dobrze, że mamy
równość wobec prawa – to jak najbardziej szanuję. Sprawiedliwym
jest, aby każdy miał równe szanse, aby w tym życiu do czegoś
dojść. Ale czy możemy się spodziewać równie wartościowych rezultatów myślenia w społeczeństwie? W końcu żaden z nas nie
jest taki sam, więc jakim cudem mielibyśmy dochodzić do równie
prawdziwych wniosków? Czy
to jest fair, że ktoś, kto nic nie wie o tym, jak działa państwo
ma mieć dokładnie tyle samo do powiedzenia, jak ktoś, kto poświęca
wiele czasu i wysiłku na to, żeby to zrozumieć? Czy człowiek
podbity przez dobrze prezentującego się polityka ma równie
wartościowe zdanie, co profesor nauk społecznych?
Według mnie jest to absurd, a ten ustrój traktuje go jak oczywistą
prawdę. Chociaż faktycznie, jest to zgodne z świętymi,
demokratycznymi ideami. Tymi samymi, przed którymi w szkołach każą
wszystkim bić czołem. Ten przesąd jest związany z przekonaniem,
jakoby każdy miał swoją, 'najmojszą' prawdę. Równie
wartościową, co inne, rzecz jasna. Cała nauka, cała cywilizacja
Zachodu miała jednak do Prawdy od wieków inne podejście. Ale to
akurat nikogo nie obchodzi. O tym żaden demagog nawet się nie
zająknie.
Innym
przesądem, który według mnie blokuje i jeszcze długo będzie
przeszkadzał w zmianie na lepsze jest wiara w nieprzerwany postęp.
Oczywiście, postęp technologiczny i jakość życia wzrasta w
Europie i to gwałtownie. Ale czy rzeczywiści mamy postęp w
dziedzinie myśli politycznej? Brytyjski pisarz i myśliciel, Gilbert
Chesterton twierdzi, że z upływem czasu instytucje społeczne
gniją. Dotyczy to szczególnie tych ważnych, które mają duże
wpływy – władza przyciąga ludzi o złych intencjach jak nic
innego. Działa to w każdym razie tak, że jeśli ludzie porządni i
światli nie wkładają nieprzerwanie pracy w 'oczyszczanie' jakiejś
instytucji, to w krótkim czasie zostaje opanowana przez ludzi
niekompetentnych i szkodliwych. Przykładowo jakaś Gazeta X mogła
jeszcze 30 lat temu mieć duże znaczenie dla bardzo korzystnych
zmian w kraju. Po kilkunastu latach, nie tracąc uznania
społeczeństwa, to medium staje się 'dokładnie tym co przysięgało
zniszczyć'. Czyli np. staje się trybuną
propagandową, działającą na szkodę państwa. Jednak są
prostsze sposoby na zakwestionowanie szerzącego się w Europie
postępu. Wystarczy choćby przez minutę wspomnieć eksperymenty
socjalistyczne XX w. i oczywiście wojny światowe. Wyjątek od
reguły? Wspaniałe organizacje międzynarodowe i brak konfliktów
zbrojnych? Te organizacje też mają swoje na sumieniu – po prostu
zabijanie na wojnie z otwartą przyłbicą przestało się opłacać.
Podsumowując
to wszystko: nie, nie uważam, że demokracja w ogóle jest koncepcją
chybioną. Przy ogromie poważnych wad tego ustroju politycznego
musimy pamiętać, że to dla nas domyślny typ rządów. Nie żyjemy
w monarchii i problemy, z którymi męczylibyśmy się w niej są dla
nas w dużej mierze obce. My nie mamy wojen, nie ma prześladowań
niektórych grup społecznych, jest pokojowe przekazanie władzy. No
i władza musi się z nami liczyć. Wydaje mi się, że w tych
czasach demokracji przydałyby się jednak poważne zmiany. Można
próbować edukować ludzi, aby byli bardziej świadomi i mniej
podatni na wpływ manipulatorów. Jednak rozwiązaniem
skuteczniejszym wydawałoby mi się ograniczenie prawa (lub raczej
przywileju) do wpływu na państwo do grupy mniejszej niż.. wszyscy.
Do grupy, która zostanie w jakiś w miarę skuteczny sposób
sprawdzona, czy się do tego nadaje. Myślę, że każdy powinien móc
ten przywilej osiągnąć. Ale nie powinien dostawać tego prawa za
nic nie robienie. To wydaje mi się nieskuteczne. I niezbyt
sprawiedliwe. Pewnie nie będzie pola do tego typu zmian jeszcze
przez wiele lat. Demokratyczne przesądy dobrze się okopały. A może
w ogóle mój pomysł wydaje Ci się Czytelniku jeszcze gorszy, niż
nasz obecny ustrój? Jeśli tak uważsz, to zapraszam do wyrażania
swojej opinii, ewentualnie wykazania, gdzie się mylę. Tak czy
inaczej, wydaje mi się, że dobrze jest o tym dyskutować, nawet
jeśli na razie trudno mówić o jakiejś zmianie w tym zabetonowanym
przez przesądy ustroju. A nie zapominajmy, że była sobie kiedyś
idea komunizmu, która wstrząsnęła później całym światem.
Podobno pojawiła się w rezultacie zwykłej rozmowy dwóch ludzi –
Marksa i Engelsa.

Komentarze
Prześlij komentarz