Traktat o optymizmie







Nie chcę być już więźniem

Ale sam zamykam się w celi

- zespół Illuminandi, Cela 

Dzisiaj będzie optymistycznie, czyli o cierpieniu słów kilka. Słyszałem kiedyś pogląd, że większość ludzi nie wierzy, że umrze. Wydaje mi się, że dotyczy to również mnie – kiedy przyjrzę się swojemu myśleniu i temu, jak często skupiam się na przyszłości. Tak czy inaczej, cierpienie i śmierć są nieodłączną częścią naszego życia. Chciałem przedstawić kilka moich optymistycznych poglądów związanych z tym faktem.

Sytuacją, która może zburzyć popularne poczucie nieśmiertelności jest np. nieuleczalna choroba. Interesowałem się kiedyś pewnym, dość niedawno zmarłym już, duchownym, chorym na złośliwy nowotwór. Kiedy go wykryto, było już za późno na leczenie. Otóż, ten człowiek w bardzo przekonujący sposób pokazywał, że pozornie beznadziejna sytuacja może dać siłę do życia. Owszem, miał momenty, kiedy się bał, kiedy był załamany itd. Ale ostatecznie motywowało go to, aby jak najlepiej wykorzystać czas, który mu pozostał. Ten ksiądz, Jan Kaczkowski, jako dyrektor hospicjum zmagał się ze śmiercią regularnie. Musiał przyjmować na klatę mnóstwo żalu i pretensji umierających ludzi, którzy nie mogli się pogodzić ze swoim losem.

Nie zamierzam tutaj mówić o religii, chociaż ona też potrafi bardzo pomagać, gdy zmagamy się z życiowymi trudnościami. Chodzi mi raczej o nasze ustosunkowanie się do nich. Oczywiście, jak najbardziej możliwym jest, że człowiek, który się dowie, że jest nieuleczalnie chory dostanie szoku. Następnie w ogóle przestanie się cieszyć życiem i stanie się skrajnie zgorzkniały. Znałem osobiście kogoś takiego. Jednak tak się dzieje, gdy zakładamy mroczne okulary i dostrzegamy przede wszystkim nasz problem. Oczywiście, są na tyle dramatyczne sytuacje, że czymś heroicznym wręcz, może być już samo powstrzymanie się od rozpaczy. Jednak przykłady takich ludzi, jak wspomniany duchowny pokazują, że jest możliwe jakieś optymistyczne nastawienie do trudnych przeżyć. Myślę, że ludzkie tragedie przypominają wiadro, do którego leje się woda. Nic nie poradzimy na to, że ktoś nam tej wody wleje. Ale możemy albo pozwolić się wodzie przelać, albo próbować przechylić wiadro, tak aby chociaż części się pozbyć.

O co mi w tym wszystkim chodzi? O to, że jako ludzie mamy wspaniałą zdolność do nazywania rzeczywistości. To, że któryś raz ktoś nas źle potraktuje, możemy przypieczętować to słowami: „Jak zwykle wszyscy się na mnie uwzięli. Ale to życie okrutne.” Albo możemy widzieć w osobach, których nie lubimy wrogów. Tak złych jak tylko możemy sobie wyobrazić, którzy na pewno robią tam krzywdę celowo. Narzekając i projektując na nasze życie zło, dostrajamy się do iście okropnej melodii. W ten sposób możemy – jak pisze w książce 12 życiowych zasad psycholog Jordan Peterson, coś co normalnie byłoby tragedią przerobić sobie na piekło. Nie polecam.

Myślę, że swoistym remedium na cierpienie, może być dla nas maniakalne wręcz poszukiwanie dobra w życiu. Wszystkiego, co moglibyśmy nie mieć, a jednak mamy. Czasem przeraża mnie ilość pesymizmu, którą obserwuje w ludziach na co dzień. A przecież drzwi do mniej nieznośnego świata zawsze można otworzyć – albo chociaż uchylić. Nie twierdze, że jest to proste. Ale wykonalne.

Komentarze

Popularne posty